
O tzw. ,,epidemii” ołowicy w hucie Szopienice na Śląsku powstał serial, który właśnie dziś miał swoją premierę. Sześcioodcinkowe ,,Ołowiane dzieci” w reżyserii Macieja Pieprzycy od 11 lutego 2026 możemy obejrzeć na Netflixie. A jest to kawał dobrego i scenariuszowo, i wizualnie, kina. Film wzbudzi wiele emocji, ale i łzy. Szczególnie że to serial oparty na prawdziwych wydarzeniach i na prawdziwej heroicznej postaci – doktor Jolanty Wadowskiej-Król, której po prostu takie upamiętnienie się należało. Tak więc serial Ołowiane dzieci na Netflixie.
- Detale, czyli ,,Ołowiane dzieci” – historia prawdziwa
- Śmierć jako choroba przenoszona z tlenem
- Ołowiane dzieci – opinia, najważniejsze wątki i przesłanie
Śląsk lata 70. W narracji PZPR Śląsk jest rajem na ziemi: czarne złoto i huty. Ten sam Śląsk czeka na Breżniewa, a lokalna władza pracuje jak w ulu by zaprezentować się jak najlepiej na tę wizytę. Oczywiście to też świetna okazja, by pokazać kto jest ważniejszy albo wykorzystać sytuację i przy okazji rozegrać jakąś polityczną gierkę. Jedno jest pewne: oczy całego kraju będą skierowane na Śląsk i Breżniewa. Taki mamy punkt wyjścia ,,Ołowianych dzieci” – serialu, który premierę miał 11 lutego 2026, i jednocześnie dostaliśmy cały sześcioodcinkowy serial.
Detale, czyli ,,Ołowiane dzieci” – historia prawdziwa
Za chwilę widzimy jak młoda lekarka pomaga dziecku na festynie, twarda jest – tego dowiadujemy się już na początku, widzimy że potrafi walczyć nawet o drobne rzeczy jak w scenie ze sprzedawcą cwaniakiem na zabawie. To dobry wstęp do tego, co zobaczymy na ekranie później wraz z rozwojem akcji (a to jest po prostu kawał dobrego kina, miazga po prostu). Bohaterkę mamy (i to niejedną, ale o tym później), tło społeczne też. Jest też od samego początku pewne napięcie: widzimy brudne okna, które trzeba myć codziennie lub co 3 dni (tylko bohaterka to zauważa i nie godzi się, inni są bierni, ich to nie dziwi), dziecko które zasłabło (lekarze mówią, że to anemia i trzeba witaminy brać, tu ponownie jakaś stagnacja na zasadzie ,,jest jak jest, ot życie”). Główna bohaterka posiada wrażliwość społeczną, za co płaci ogromną cenę. Ja tę historię w ogólnym zarysie kiedyś czytałem w znakomitym reportażu ,,Kajś” Zbigniewa Rokity, może dlatego tę mozaikę od pierwszych minut zauważyłem i wiedziałem gdzieś, dokąd ta historia będzie prowadziła i co jest przyczyną tej katastrofy, tym bardziej doceniam, jak takimi drobnymi szczegółami narracyjnymi twórcy nas prowadzą do sedna tej opowieści. I chcę na to zwrócić uwagę w tym miejscu, bo wszystkie te rzeczy budują napięcie, wokół którego toczy się cała ta opowieść. Czy warto obejrzeć „Ołowiane dzieci”?”
Śmierć jako choroba przenoszona z tlenem
W głównej roli widzimy Joannę Kulig, która na ekranie jest po prostu wybitna, asystuje jej Kinga Preis – również twarda, nie patrzy z góry na lekarkę, nie “wydziwia” tylko razem przemierzają to piekło osiedla tuż przy hucie, sprawdzając stan zdrowia dzieci. Około 15 minuty pierwszego odcinka dostajemy wstrząsającą scenę porodu. Nie jest to pierwsza tak wstrząsająca scena w tym serialu. Brak tu głębokich dialogów, dużych rozmów, całość robią właśnie takie sceny jak ta wspomniana, bo jak inaczej pokazać ten dramat Szopienic? Akcja płynie dosyć szybko, może czasami są szybkie przejścia do kolejnych wątków, jednocześnie nie gubimy głównej osi. Serial ma 6 odcinków po około 50 minut. Czy można było zrobić serial dłuższy? Pewnie tak ale moim zdaniem jest odpowiedniej długości, to co można było pokazać w tym temacie – pokazano, nawet zachowania i typy ludzi są tu zróżnicowane, trochę jakby rozpisać sobie co taki serial musi zawierać, czego nie pominąć i tworząc film po kolei odhaczano kolejne rzeczy z listy. I nie jest to złe, wręcz przeciwnie. Nie jest to kino gatunkowe, nie uderza w nurty historyczne ani też sensacyjne czy jako thriller. To kino, które chce opowiedzieć pewną historię, którą trochę znamy: zła władza PRL i jej działania, bohater który nawet kosztem życia osobistego nie może przejść obojętnie wobec zła. I takiego kina potrzebujemy: z bohaterską kobietą wrażliwa na krzywdę dzieci a jednocześnie twardą i wyrazistą oraz jej koleżanka z przychodni (genialne kreacje duetu Kulig i Preis, jeszcze raz to podkreślam), tragiczna postać profesor granej przez Agatę Kuleszę, fenomenalny Michał Żurawski. Film z dobrą obsadą, zdjęciami, kostiumami. Jest kilka przejmujących i wstrząsających scen pokazujących cierpienie dzieci i zatwardziałość społeczności przekonanej, że tak po prostu ma być, że śmierć jest częścią życia tak jak i praca, nawet praca w hucie. Ta zatwardziałość społeczności ma wyrwy wtedy, gdy śmierć przychodzi do domu kolejnej rodziny. Scena porodu, sceny szpitalne, pogrzeb dziecka i tłum małych nagrobków. Ten serial to wyciskacz emocji, i to nie granie na emocjach, nie instrumentalne ich wykorzystywanie, nie manipulowanie widzem, nie igranie poważnym tematem. Nie potrzeba słów, tutaj są obrazy i gra aktorska. I znowu: Kulig, Preis. Jakie one są genialne! W ogóle role dziecięce – role niełatwe a jednocześnie tak ważne w tym serialu, role które tworzą ten serial i bez nich nie byłoby tych emocji.
Mamy więc politykę i realia PRL, które nie przyjmują rysy na propagandzie sukcesu, determinację w służbie prawdzie i poświęcenie dla sprawy kosztem bliskich. Może i brzmi jak klisze tylko że pokazane tu wydarzenia są związane z prawdziwymi zdarzeniami.
Potrzebujemy w naszym polskim kinie filmu, który opowiedzieć chce tę historię “epidemii” ołowicy na Śląsku – “epidemii” której można było uniknąć, bo przecież to nie była choroba zakaźna. I wreszcie mamy tragizm Śląska, którego mieszkańcy skazani byli na oddychanie zanieczyszczonym powietrzem i tak naprawdę ponosili od dekad ofiarę dla innych części kraju. Śląsk to fascynujący świat świetnie opisany w ,,Kajś” Zbigniewa Rokity czy w ,,Balladzie o śpiącym lwie” Agaty Listoś-Kostrzewy. Dobrze, że ta opowieść jest w mainstreamie, i to nie tylko w naszym kraju, ale za sprawą Netflixa będzie i na świecie.
Ołowiane dzieci – opinia, najważniejsze wątki i przesłanie
Spójrzmy też uniwersalnie na ten film, na polityczną narrację i propagandę, na fałsz. Spójrzmy na heroizm ludzi, którzy potrafią się jednoczyć. Zobaczmy, że po prostu ludzie są dobrzy, że chce się nas dzielić i skłócać, że chce się nas spolaryzować, ale jako ludzie mamy siłę w grupie, co pokazuje nasza historia nie tylko okresu Polski Ludowej. Spójrzmy na ,,Ołowiane dzieci” też uniwersalnie jak na opowieść o tym, że w imieniu przemysłu i konsumpcji na świecie umiera mnóstwo ludzi, w tym dzieci. Spójrzmy na ten serial jak na opowieść o sile kobiet i o tym, że one potrafią więcej (naprawdę mamy tu mnóstwo wyrazistych kobiecych ról, o tym wspaniałym duecie Kulig-Preis rozwodziłem się wielokrotnie i ciągle się rozpływam, ale tak po prostu jest i już, dodatkowo są też wśród walczących na ekranie matek i żon naprawdę wyraziste, mocne, charakterne postaci). To też opowieść o tym, jak ta siła się rodzi, z początkowej bierności i jakiejś stagnacji (te sceny, gdy wszyscy jakoś sobie nic z tego zbiorowego dramatu nie robią, sceny na pogrzebie czy wizyta na cmentarzu), z tej wrogości tłumu wobec lekarski – tej paniusi co sobie buciki pobrudzi i ,,pachnie perfumami” i nie rozumie, że gdzie huta tam też śmierć i tak po prostu już jest, ten sam tłum rodzi się na nowo, zyskuje (a może odzyskuje?) siłę.
Przede wszystkim spójrzmy na ten serial nie tylko jak na pomnik heroizmu niezłomnej lekarki ale i na głęboko poruszający obraz tamtych czasów, przecież to zaledwie 50 lat temu. To nie był tak kolorowy czas jak pokazały ostatnio władze Radomia, urządzając obchody Radomskiego Czerwca z hucznym balem i tańcowaniem z panami przebranymi za milicjantów oraz pozowaniem z nimi do zdjęć (mam w rodzinie osoby wtedy strajkujące, rozmawiałem ostatnio z nimi o tych wydarzeniach sprzed lat). To nie tylko lekcja historii. To po prostu szalenie potrzebny film. Ostatnie 25-30 minut to emocjonalny rollercoaster, szczególnie sceny przed hutą ale i napisy końcowe: w oczach zostają łzy gdy się je przeczyta, gdy się spojrzy na późniejsze losy prawdziwej pani doktor Jolanty Wadowskiej-Król, w którą wcieliła się Joanna Kulig.
Z wykształcenia dziennikarz i trener rozwoju osobistego, w wolnych chwilach pasjonat literatury, biegania, fotografii i samorozwoju. Wierzy w rolę świeckich w Kościele a także wierzy w holistyczne podejście do człowieka, to dlatego uczestniczył w kursach z zakresu dietetyki oraz treningu personalnego. Aktywność fizyczna to nie wszystko, łączy ją więc z zainteresowaniem psychologią oraz teologią katolicką.




