Męskość. Na zdjęciu mężczyzna w okularach patrzy na zachód słońca.

Czy ojciec może karmić dziecko piersią? [felieton]

Męskość. Na zdjęciu mężczyzna w okularach patrzy na zachód słońca.

Gdy przez miasto idzie ojciec (a jeszcze młody, to już w ogóle) prowadzący wózek z dzieckiem, to być może ciągnie się za nim fala ochów i achów. Bo: on taki uczynny…, bo odciążył żonę…, bo to takie niecodzienne…, bo musi bardzo kochać – żonę, dziecko… Bo robi coś, co powinien zrobić, co jest jego rolą, nie zaś obowiązkiem jedynie matki.

Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie pokazuje wystawę Gender w sztuce. Że słowo to drażliwe jest, wiadomo, jeśli śledzi się media choćby przygodnie. Nie sam termin jednak wywołał burzę, a jedno ze zdjęć. Jest na nim mężczyzna, który do klatki piersiowej zbliża główkę dziecka. Analogia do matki karmiącej (A.Rzepecki – Projekt pomnika Ojca Polaka z 1981 roku).

Debata

Nie chcę się wpisywać w tę dyskusję (do prześledzenia w sieci; jedni tu widzą prowokację, inni misyjność, a prawda i tak leży po środku, jak mniemam). Nie wiem też, co autor komentowanego zdjęcia – Adam Rzepecki – chciał pokazać. Logika daje mi tu trzy rozwiązania: albo chciał dobrze, by nagłośnić pewien temat (tu akurat przełamanie stereotypu mówiącego o tym, że ojciec do dziecka zbliżać się nie powinien, bo to niemęskie), a wyszło jak zwykle. Być może faktycznie planował ośmieszyć i zadrwić sobie. Albo też nie było w tym zdjęciu celu i miało tylko wywołać skandal.

Może faktycznie miało być szlachetnie i dobrze – misyjnie. A może nie. Nie wiem, ale nie mam zamiaru komentować wystawy i wpisywać się w tę dyskusję.

Nie byłoby jej, gdyby nie pomieszanie z poplątaniem, które śledzi się każdego dnia. Serio. Dyskusje dotyczące oczywistości.

To takie wpychanie w dłonie ojca bagnetu, a odbieranie mu dziecka. 

Naskalne  malowidło

Jeszcze nie tak dawno, czyli w starożytności, podział obowiązków był mniej więcej taki (powiedział mi o nich C.S. Lewis w Czterech miłościach):matka, ty bierzesz pod skrzydła córę i z innymi kobietami obrabiacie skóry zwierząt. A chłopaka ja zabieram i z kumplami zabieramy go na polowanie, niech się uczy. A jak wrócimy, dostaniecie kolejną partię skór.  

Zobacz także: Artykuł o humanizmie chrześcijańskim C.S. Lewisa

Tak, wiem: brzmi to seksistowsko. Tylko że takie wcale nie jest. Bo podział był właśnie taki i nikt na to nie narzekał. Mężczyzna chłopaka w pewnym wieku ,,odbierał” matce i uczył go męskości. Wychowaniem dziewczynki zajmowały się inne kobiety. Wszyscy się ze sobą spotykali, tworzyli społeczność, współdziałali i korzystali ze wzajemnych umiejętności, ale pomiędzy tym oficjalnym i ogólnym językiem plemienia, były jeszcze ,,podjęzyki”: żeński i męski. 

Stereotypy?

Wiem, bardzo to stereotypowe. Tyle że ścisłe trzymanie się tego schematu, i mimo upływu lat wymaganie od świata by ten model nienaruszony i dosłownie powtarzany był wciąż w użytku, trąci pewną naiwnością. Bo zmienił się świat. Stał się…hmmm… bardziej skomplikowany (tak chyba najprościej uciąć długą historię przemian społecznych, różnych ,,rewolucji” obyczajowych, estetycznych, modowych, tabu i stereotypów, Matek Polek w krynolinach i femme fatale, metroseksualistów, ,,teddy boys”, Ganguro i powracającej jak bumerang tzw. płci kulturowej).

Niezmienne pozostało jedno: dziecko potrzebuje rodziców. Nie zawsze może mieć oboje. Ale życie jest skomplikowane i ma różne odcienie, a przy takich tematach stosuje się ,,model”, czyli uogólnienie i sytuację wzorcową. 

W takiej więc wzorcowej matka plus ojciec mają swe role. Tyle że o ile wiemy, co kobieta, tak już przy mężczyźnie powstają problemy. Ta fotografia ,,karmiącego” (udającego przecież, pozującego) ojca zwraca uwagę na jedną rzecz. Na bliskość i kontakt z ojcem. 

Wychować księżniczkę i rycerza

John Eldredge, którego książkę kilka lat temu czytałem, wskazywał na coś, co winno być oczywistością, choć w tej prostocie chyba (jak wiele nieskomplikowanych rzeczy) sprawia problem. Otóż dziewczynka potrzebuje, by ojciec widział w niej księżniczkę, adorował ją, dostrzegał w niej piękno kobiety (wtedy ona wierzy w siebie, w swą urodę, nie ma kompleksów, czuje się pewniej przy innych chłopcach i nawet pewnie łatwiej znosi ewentualną krytykę, skoro zna swą wartość).

Chłopiec zaś potrzebuje podkreślenia jego męskości, siły, umiejętności, talentu i sprytu (a może i zaradności, odwagi – tego wszystkiego, co chłopców ,,rajcuje”) przez innego mężczyznę – tak dla niego ważnego, może najważniejszego w życiu, bo dawcy jego życia.  

Wydaje mi się, że ta rola – silna rola, nie ulega to wątpliwości – jest bagatelizowana albo przez społeczeństwo, albo przez samych ojców.

Relacje

A potrzeba tylko: większej ilości kontaktu, większej czułości, opieki i opiekuńczości. Potrzeba wyjścia ze stereotypu i pewnej roli społecznej (przypisanej tak, choć niesłusznie) mówiącej o tym, że facet jest twardy i silny, i że nie może przytulić dziecka, pochwalić go, poprowadzić wózek, córce i synowi pokazać, jak bardzo kocha mamusię (by dzieciaki, czerpiąc wzór od ojca, w swoich przyszłych związkach prawidłowo budowały te relacje damsko-męskie).

Bycie ojcem, wydaje mi się, nie jest wcale niemęskie. A wręcz przeciwnie. Ojciec powinien być sprawiedliwy, stanowczy, mieć autorytet. Ale te trzy cechy nie wykluczają jednego: miłości. A jeśli dziecko tego potrzebuje, ojciec, nadwerężając trochę swój ,,autorytet” winien publicznie je pochwalić, sprawić, by syn ,,przyszpanował” przy kumplach, a córce by ,,zazdrościły” koleżanki.

Opiekuńczość

Costanza Miriano, autorka książki Poślub ją i bądź gotów za nią umrzeć (uśmiałem się, choć czasem śmiech to był połączony z trochę gorzką refleksją) napisała:

Największy problem jest taki, że dość łatwo jest znaleźć mężczyznę gotowego umrzeć na wojnie, za ideały, dla chwały, a nawet – w skrajnym przypadku – za swoją drużynę, niezwykle trudne jest jednak sprawienie, by zapalił się do idei umierania za swoją rodzinę, za swoją żonę, dzieci, w pozornie zwyczajnej codzienności. A jednak jest to działanie o wiele bardziej bohaterskie, niż by to sobie można wyobrazić.

Kiedy trzeba, dobrze jeśli ojciec jest ,,ojcem karmiącym”, czyli przytulającym, dającym ciepło a także pokarm emocjonalny małej księżniczce i dorastającemu rycerzowi. Ale kiedy trzeba, powinien stać się Rycerzem Rodziny. Włożyć zbroję, dosiąść rumaka, zakasać rękawy i stoczyć bój. O co? O dobro – o dobro rodziny.

Wykorzystane we wpisie zdjęcie zostało pobrane ze strony: https://unsplash.com i podlega wolnej licencji Creative Commons Zero

Website |  + posts

Z wykształcenia dziennikarz i trener rozwoju osobistego, w wolnych chwilach pasjonat literatury, biegania, fotografii i samorozwoju. Wierzy w rolę świeckich w Kościele a także wierzy w holistyczne podejście do człowieka, to dlatego uczestniczył w kursach z zakresu dietetyki oraz treningu personalnego. Aktywność fizyczna to nie wszystko, łączy ją więc z zainteresowaniem psychologią oraz teologią katolicką.

Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze