
W naszym życiu duchowym i w ogóle chrześcijańskim zapominamy o dwóch rzeczach, które są oczywiste podczas treningów fizycznych (a dlaczego przy tych treningach ,,duchowych” o tym zapominamy?): o indywidualizmie oraz o tym, że więcej nie znaczy: dobrze.
- Dlaczego w życiu duchowym zapominamy o indywidualizmie
- Świętość nie jest kopiowaniem, ale naśladowaniem
- Sprawdzone „podręczniki” duchowego wzrostu
Dlaczego w życiu duchowym zapominamy o indywidualizmie
Nie ma dwóch identycznych treningów dla dwóch osób, każdy trening powinien być indywidualny, stworzony pod konkretną osobę (przecież różną od innych osób), jest brana pod uwagę masa indywidualnych parametrów, wchodzą w grę inne ćwiczenia, inne sprzęty, inna historia ograniczeń, doświadczeń, kontuzji, możliwości trenującego, a czasem robiąc te same rzeczy efekty będą różne bo ktoś ma takie predyspozycje, że dla niego ,,maksem” będzie coś, przy czym ktoś o podobnej budowie ciała, masie i wieku będzie dopiero się rozkręcał. W życiu duchowym też drogi mogą być podobne, ale efekty będą inne, bo mamy różne predyspozycje (np. wrodzoną osobowość, przeżycia, doświadczenia, taką psychikę, takie ciało, a przecież to wszystko jest połączone ze sobą).
W treningu zmęczenie nie musi oznaczać że trening był dobry i udany. Te tzw. ,,zakwasy” nie znaczą, że trening był dobry i że “weszło”. Musimy stawiać jakość przed ilość. Ma to też swoje znaczenie w życiu modlitewnym czy też mówiąc szerzej: duchowym. Bardzo często ,,latamy” od jednego nabożeństwa do drugiego, dokładamy jeszcze taką nowennę, taką praktykę, takie nabożeństwo, a tak naprawdę gdybyśmy usiedli na 3 sekundy i pomyśleli, czy w tym wszystkim naprawdę jest Bóg, czy te wszystkie praktyki prowadzą nas do relacji z Nim, mogłoby okazać się, że jest inaczej niż być powinno. Lubię to wspominać i w swoich tekstach wiele razy to powtarzam: stałe i absolutnie niepodlegające wybiórczości czy też swobodnemu ,,wybieraniu” sobie są sakramenty w Kościele, w tym spowiedź, przyjęcie Komunii czy w ogóle niedzielna obecność na Eucharystii. To jest podstawa, trzon, coś nie do ruszenia. A pozostałe nasze praktyki modlitewne są kwestią dobrania ich do siebie, pewnej wrażliwości: jeden zbliży się do Boga właśnie przez nowennę, drugi przez różaniec lub Brewiarz, a ktoś na gruncie porządnej teologicznej książki. Jesteśmy różni, mamy różne wrażliwości, próbujmy i testujmy różne sposoby modlitwy, ale nie zapominajmy, że tam wszędzie chodzi o to, by jakieś były, by wielbić i spotykać się poprzez nie z Bogiem i żeby służyły one prawdziwej relacji i więzi z Bogiem. A wierzę, że czasem krótkie westchnienie do Niego będzie miało większą moc i będzie w tym więcej miłości, niż w jakimś tanecznym uwielbieniu, podczas którego może dobrze się bawiłeś, było wesoło, zegarek pokazał że wyszło fajne cardio i kroki są nabite, a jednak nie było tam Boga bo myślałeś o ,,niebieskich migdałach”. Nie zrozum mnie źle: uwielbienia i tańce są fajne (przecież już to król Dawid w Biblii robił!), mogą zbliżać do Boga i wielbić Go (a nadal za mało Go wielbimy w naszym życiu modlitewnym!), ale czasem coś prostego a szczerego i głębokiego może być tym strzałem w dziesiątkę. I spełniać swój główny cel: trwać w relacji z Bogiem.
Świętość nie jest kopiowaniem, ale naśladowaniem
Odnosi się to też do naszego głównego chrześcijańskiego celu: do osiągnięcia świętości. I tu też są różne wrażliwości, różne drogi. To droga indywidualna, choć mamy na niej wiele autorytetów, których życie jest swego rodzaju ,,przepisem”. Mnóstwo postaci i postaw, mnóstwo historii życia, wiele z nich posiada podobne cechy, choć każde życie, jak to życie ludzkie – jest inne (jeśli znajdziesz chwilę czasu, polecam ci tekst o humanizmie chrześcijańskim, który jest pewną koncepcją życiową i filozoficzną, jest też pewną drogą, którą można obrać w chrześcijańskim życiu i dążeniu do świętości).
Może dlatego też były różne drogi do świętości, bo są te różne “wrażliwości”. I każda z nich była dobra choć też była inna, indywidualna, oparta na poznaniu siebie ale i na celu: zjednoczeniu z Bogiem poprzez miłość do Niego, do drugiego człowieka, ale i do siebie – bo często miłość do siebie mylimy z egocentryzmem, narcyzmem, zaburzeniami osobowości, pychą itd., a potrzeba szacunku do siebie i uświadomienia sobie swoich ograniczeń, ale i swojej wartości i świadomości swoich talentów mających nam służyć i pozwalać spalać się w miłości do Boga i do ludzi. Czy możesz poznać siebie, odkryć swoje talenty i umiejętności by nimi służyć, jeśli nienawidzisz siebie?
Możesz inspirować się świętymi, bo to sprawdzone ścieżki i przepisy na świętość, ale zauważ też swój indywidualny pierwiastek. św. Teresa z Avilii nie jest św. Franciszkiem z Asyżu, co nie znaczy że kontemplacji i pewnego dynamizmu nie można przejąć od Teresy (jeśli masz taki żywszy temperament), a jednocześnie kochać Boga w świecie jak Biedaczyna z Asyżu. Możesz być trochę Teresą i trochę Franciszkiem, będąc sobą.
Sprawdzone „podręczniki” duchowego wzrostu
Skup się na wzorze na świętość, aby kogoś naśladować ale nie żeby kopiować. Lubię św. Hildegardę z Bingen bo swego czasu wiele mówiono o niej w kontekście dietetyki i zdrowia, a to ważna sfera życia, kocham św. Franciszka z Asyżu, dominikańskie dociekanie prawdy ale i duchowość karmelitańską, i umysł Edyty Stein, siłę Teresy z Avilii i dziecięctwo drugiej Teresy – tej od Dzieciątka Jezus, a więc lubię metafizykę i kontemplację, i kochanie świata, i człowieka, ale i uważam, że gdy trzeba to może czasem należy iść pod prąd zamiast kontemplować. Mieszanka wybuchowa, może to szalone i nieracjonalne, ale czuję że moje. Przy tym żeby przy Nim być, myśleć, patrzeć. Pomocą może być pomyślenie o tym, który święty najbardziej do ciebie przemawia, z kim czujesz pewną bliskość (i możesz mieć wielu przyjaciół, nie musi być to jedna postać, a czasem jest też tak że jakiś święty jest nam na danym etapie życia bliższy, na innym etapie przychodzi ktoś inny, jak to w życiu w sumie, i to też jest spoko). Możesz też wylosować na ten rok kolejnego świętego, o czym pisałem w kontekście pięknej praktyki znanej w zgromadzeniu św. siostry Faustyny Kowalskiej. Jak wspominałem: nie musisz się ograniczać.
Czasem pomocą są też tzw. ,,podręczniki” świętości, którym chyba należy się osobny wpis kiedyś. Może to być ,,trylogia” św. Josemaríi Escrivy czyli ,,Droga”, ,,Bruzda” i ,,Kuźnia” – bardzo krótkie nauki i sentencje dotyczące życia, może to być ,,Dzienniczek” wspomnianej św. siostry Faustyny, albo ,,Walka Duchowa” Wawrzyńca Scupoli, ,,O naśladowaniu Chrystusa” Tomasza z Kempis, i wiele innych, ale przede wszystkim i Biblia a w niej Ewangelie. Cała Biblia, ale od jakiegoś czasu w niej mnie fascynują postaci: Abraham, Jakub, Tobiasz, Estera, Rut, Nikodem, List Jakuba, Dzieje Apostolskie. Listowi Jakuba poświęciłem ostatnio wpis i jeśli go nie czytałeś to polecam (i polecam całą tę księgę, którą czyta się 15 minut – sprawdziłem, a jest w niej tzw. samo ,,gęste” czyli mocno skondensowana treść dla zabieganych a chcących żyć fajnie i święcie).
Tekst jest częścią nowego cyklu ,,Full Holy”, którego nazwa nawiązuje do treningów full body workout – ogólnorozwojowych treningów angażujących wiele grup mięśniowych. Rozwój duchowy będę próbował opisać za pomocą zagadnień znanych z treningów fizycznych.
Photo by Ian Stauffer on Unsplash
Z wykształcenia dziennikarz i trener rozwoju osobistego, w wolnych chwilach pasjonat literatury, biegania, fotografii i samorozwoju. Wierzy w rolę świeckich w Kościele a także wierzy w holistyczne podejście do człowieka, to dlatego uczestniczył w kursach z zakresu dietetyki oraz treningu personalnego. Aktywność fizyczna to nie wszystko, łączy ją więc z zainteresowaniem psychologią oraz teologią katolicką.




