
Spytaj ludzi na ulicy, czy Homer (autor “Iliady” i “Odysei”) istniał. Podejrzewam, że 100% odpowiedzi będzie na “tak” (pomijam tu naukowców a mówię o przygodnym ulicznym tłumie). Spytaj, czy to prawda, że przy narodzinach Jezusa byli aniołowie i pasterze, część księży i publicystów katolickich powie: “tak, bo jest o tym w Ewangeliach” a część księży i publicystów katolickich powie: “niekoniecznie, choć jest o tym w Ewangeliach” (pomijam tych, co powiedzą, że Jezus nie istniał, bo akurat na istnienie Jezusa są dowody historyczne, pomijając te na Homera). Pytanie więc: w czym tkwi problem z tymi Ewangelistami, że tu się katolicy z katolikami spierają. Mnie się ta kwestia wydała tak fascynująca, że nieprzerwanie o niej myślałem od wielu dni. I uwaga: to moja polemika, moje zdanie.
- Od tego trzeba zacząć, że… czyli dlaczego katolicy spierają się o prawdziwość Ewangelii
- Od Heroda do… Kajfasza
- Cóż Ci Jezu damy…
- No to nam się wydarzyło! Czyli Wcielenie.
- Czy opisy narodzin Jezusa są symboliczne czy historyczne
- Św. Łukasz jako wiarygodny historyk, czyli… Obrona Łukasza
- Czy Biblia to mit czy historia
Od tego trzeba zacząć, że… czyli dlaczego katolicy spierają się o prawdziwość Ewangelii
Muszę na początek coś wyjaśnić. To jeden z takich wpisów ,,wychodzonych” czyli takich, z którymi chodziłem w głowie przez wiele dni, są tu zawarte trzy wątki. Jest to bardziej więc mój esej post-świąteczny. Gdy go piszę, jesteśmy po niedzieli Chrztu Pańskiego, który jakby ,,kończy” ten Bożonarodzeniowy czas. Ale wszystko tu jest jakby inaczej, wszystko dzieje się jakby poza naszym czasem a jednak jest wpisane w naszą historię. Bo to bardzo dziwne. Przez cały adwent słuchaliśmy o Jego przyjściu, piękne proroctwa. Przychodzi ale w ubóstwie. Cieszymy się, że ,,ziemia ujrzała swego Zbawiciela” jak słyszymy. Za chwilę wspominamy św. Szczepana czyli męczennika, coś jakby zaczyna pękać na tym naszym obrazie Świąt, pojawia się jakby rysa. Może pierwsza taka rysa pojawiła się w tym przedświątecznym czasie lub w trakcie tej ,,magii”, która miała być, a którą może popsuliśmy my sami albo ktoś obok (bo się odezwałem, bo się dałem sprowokować, bo mogłem ugryźć się w język lub nie zareagować – bo gdzie drugi człowiek, tam spotkanie, a spotkanie potrafi się zakończyć konfliktem, szczególnie gdy się widzimy z kimś dwa razy w roku – ,,od święta”). Za chwilę liturgia powie jeszcze o rzezi niewiniątek, o ucieczce do Egiptu Świętej Rodziny, są też mędrcy ze Wschodu, jest koniec roku i niedziela Chrztu Pańskiego, która ma taką właśnie nazwę, a po niej jest już druga niedziela okresu zwykłego. Ta pierwsza niedziela ,,zwykła” jest ale jej nie ma. Już po Świętach ale kolędy zostają z nami do początku lutego, gdy Matka Boża w tradycji ludowej będzie ochraniała ludzi przed wilkami, a wilki przed ludźmi, a my pójdziemy na mszę ze świecami chrzcielnymi. Jeśli chcesz jeszcze przez chwilę pochylić się nad tą tajemnicą Bożego Narodzenia, która jakby nam się wymyka z rąk to zachęcam do tego wpisu.
Od Heroda do… Kajfasza
W rozważaniu o Trzech Królach i ich pokłonie Nowonarodzonemu pisałem o uczonych w Prawie, to zaskakujące że gdy Jezus się narodził i gdy był skazany na śmierć, uczeni w Prawie już szemrali, już Go zdradzili do Heroda. W adwencie słuchamy Izajasza – jego proroctwa o Mesjaszu i Jego przyjściu, ale ten sam Izajasz towarzyszy nam w Wielkim Poście, gdy mówi o cierpieniu Sługi Pańskiego – tego zapowiadanego Mesjasza. Polskie kolędy, sztuka sakralna, tradycja również umieszczają krzyż obok żłóbka, cierpienie pośród radości, znana Ikona Narodzenia Pańskiego pokazuje betlejemską grotę w której mały Jezus leży w żłóbku wyglądającym jak grobowiec (słynna Ikona Anastasis czyli Zmartwychwstania i Zstąpienia do Otchłani ukazuje identyczne grobowce, z których wychodzą zmarli po których przyszedł Jezus by ich uwolnić). W tym widzę te rysy, te jakby ,,kamyki” w naszych butach dobrego samopoczucia podczas świąt, coś nas jakby uwiera – tak jak w życiu – to chwile bólu obok chwil radosnych. Życie. Ofiarując Jezusa w świątyni Maryja słyszy, że jej duszę ,,miecz przeniknie”. Radość przenika się ze strachem, a jednak Ewangelista Łukasz nie mówi, że Maryja bała się. A przedtem przecież Symeon jeszcze powiedział: ,,Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą (…)” (Łk 2,33). Pięknymi słowami, które pokazują jak sobie radzić z tymi chwilami radości ale i smutku są te, którymi Łukasz opisuje postawę Maryi już po odnalezieniu 12-letniego Jezusa w świątyni jerozolimskiej (i tym samym kończy się u tego ewangelisty okres dzieciństwa Jezusa, później wkraczamy już w działalność Jana Chrzciciela i publiczne objawienie się Chrystusa), Łukasz pisze o Maryi, że ,,chowała wiernie wszystkie te wspomnienia w swym sercu (…)” (Łk 2,51).
Cóż Ci Jezu damy…
W jednej z moich ulubionych historii literackich, czyli u Tolkiena, jest taka tradycja u hobbitów która podczas uroczystości urodzinowych nakazuje obdarowywać… gości. Czyli jest jakby totalnie na odwrót. U Tolkiena dochodzi do zabawnych sytuacji związanych z gośćmi Bilbo Bagginsa, ale pozostawiam to dla tych, którzy zapragną sięgnąć po ,,Władcę Pierścieni” a wcześniej po ,,Hobbita, czyli tam i z powrotem”. W jednym z komentarzy zawartych w tomiku ,,Krupówki Warszawskie. Kazania zimowe” dominikanin ojciec Paweł Krupa zwraca uwagę na króla Dawida, który chciał Panu Bogu uczynić ,,prezent”, władca mieszkał w pałacu zaś Arka Pana w namiocie. Ojciec Krupa pisze o tym: ,,w nocy Pan Bóg objawił mu [prorokowi Natanowi – wtrącenie własne] coś innego i gdybyśmy chcieli w skrócie powiedzieć to, co Pan Bóg do proroka Natana, a przez niego do króla powiedział, brzmiałoby to mniej więcej tak: <<Drogi królu Dawidzie! Z nas dwóch to Ja jestem Tym, który obdarza, to ja robię prezenty. Nie sil się więc na robienie mi upominków! Wysil się raczej, żeby przyjąć to, co Ja tobie daję!>>(…)” i tu autor wspomina, że Pan Bóg ofiarowuje królowi Dawidowi ,,lud” z którego narodzi się Mesjasz. I istotnie Bóg przecież dotrzymuje tej obietnicy! Dlaczego o tym wspominam? Bo jakby zapominamy o tym, że to nie jest nasza zasługa, że to Bóg daje nam prezent choć to Jego urodziny. My sobie myślimy czasem: ,,pięknie chodziłem na roraty, miałem postanowienia, czytałem Biblię, wyspowiadałem się i mam czyste serce i sumienie mnie już nie gryzie, teraz sobie zasłużyłem na Boże Narodzenie, a wcześniej jednak usiądę i wypiję kawkę, obejrzę serial, ugotuję jedzonko na Wigilię i już możesz Jezu przychodzić”. A przecież adwent był czekaniem na Jego przyjście niespodziewanie na końcu świata, a nie na Jego przyjście do tej drewnianej stajeneczki, która jest przykryta prześcieradłem do Pasterki. Podobny mechanizm jest z Wielkim Postem: ,,mam czyściutkie serduszko i czyste okienka na Wielkanoc, no to teraz Panie Jezu możesz zmartwychwstać. Ale nie za wcześnie, bo jeszcze się babka piecze, muszę zdążyć do liturgii Męki Pańskiej w piątek”. Przecież to On przychodzi do nas, my sobie totalnie i niczym nie zasłużyliśmy i nie zasłużymy. Przypomina to pewne chrześcijańskie ,,pogaństwo”, które mówi, że jeśli sobie odmówię dwie nowenny, będę codziennie na mszy i nazbieram dobrych uczynków jak ,,punktów” (tak jak w sklepie zbierasz dwadzieścia na garnek a czterdzieści na patelnię) to na pewno sobie ZASŁUŻĘ na coś od Pana Boga. A jak ktoś nie robi tak jak ja, to go czeka kara od Pana Boga (ludzie! To pogaństwo! Bóg nie jest księgowym, który ci liczy ,,zdrowaśki” i daje jakiś dyplomik lub inny gadżet; jeśli kochasz Boga, jeśli masz z Nim relację to robisz te wszystkie piękne i pobożne rzeczy, bo Go kochasz i tego pragniesz, a nie by dostać nagrodę). My sobie niczym nie zasłużyliśmy na Wcielenie i śmierć oraz Zmartwychwstanie Jezusa. Wręcz przeciwnie: On to zrobił bo my upadliśmy i chciał ratować sytuację. Powiem więcej: człowiek zasłużył sobie na swój los, a jednak Bóg to wszystko naprawia. Dlaczego daje taki prezent? Bo nas kocha!
No to nam się wydarzyło! Czyli Wcielenie.
Teraz w zasadzie to już mój trzeci wątek w tym eseju. Najdłuższy, dla wytrwałych, mega ważny w tym tekście i, niestety, narzekający (i to mocno).
Ale od początku. Kilka refleksji. Ewangelia Łukasza cudownie opowiada o narodzinach Jezusa (w ogóle o Łukaszu potem opowiem, dlaczego mu wierzę jak najwybitniejszemu historykowi na świecie bym uwierzył). Anioł mówi pasterzom: ,,A to będzie znakiem dla was: Znajdziecie Niemowlę, owinięte w pieluszki i leżące w żłobie”. Pasterze wstali i tak na oślep trochę poszli, i znaleźli. Bóg daje się znaleźć. Gdyby Jezus urodził się w pałacu to czy pasterze by weszli na salony? No nie, poszli tam gdzie ich wpuszczono, a więc do stajni czy też groty dla zwierząt. Kim byli pasterze? To nie baca w kapeluszu z piórkiem i muszelkami jak widzimy w jasełkach, ale to takie bandziorki. Wyobraź sobie najniebezpieczniejszą ulicę swojego miasta lub wioski, środek nocy, brak latarni i na dodatek nie widać nawet gwiazd, nagle pojawia się dziwny typ i mówi co prawda: ,,królowo złota, kierowniku, poratujesz? Jak nie to sobie wezmę sam”. No to może trochę hiperboli się tu wdarło, ale no pasterzy się wtedy bano, byli jak margines i szemrane towarzystwo traktowani przez ówczesnych. Gdyby Jezus urodził się w tej gospodzie, w której miejsc nie było, to czy znaleźliby tę gospodę te bandziorki? Jezus urodził się właśnie tak, by można Go było znaleźć bez trudu, by być widocznym, łatwo dostrzegalnym, bliskim Bogiem, takim jak inni – w tym co proste i przystępne, a może nawet by być Bogiem jeszcze bardziej uniżonym, bo kto inny urodził się w stajni? Bóg przychodzi jako taki najprostszy człowiek, a nawet jeszcze bardziej uniżony. Taki właśnie wielki a uniżony Bóg do nas przyszedł, i to ten sam Bóg o którym prorocy mówili, że wrogowie będą razem żyć jak dziecię i żmija, jak drapieżnik i owieczka jakaś (por. Izajasza). U Marka czytamy, że chcąc Go wystawić na próbę nawet uczeni w Prawie i wysłannicy Heroda połączyli siły (por. ,,Biblia Nawarska”, Mk 12). Już raz tak się zeswatali, jak pisałem w podlinkowanym komentarzu o Trzech Królach – gdy Jezus się narodził to uczeni w Prawie pomogli Herodowi. Jeszcze w jednym miejscu się na chwilę te drogi zejdą, gdy wrogowie sobie podadzą rękę na tę jedną chwilę, by zabić Boga – oczywiście mowa o procesie Jezusa tuż przed męką i śmiercią, i oczywiście mowa tu o Kajfaszu, Herodzie i Piłacie.
Jezus przychodzi jako dziecko. Gdy ktoś się decyduje na dziecko, świadomie podejmuje tę decyzję, to bierze pod uwagę, że teraz zacznie się poświęcenie dla tego kogoś, radość ale i trud. Nie zawsze tak jest bo wielu z nas jest poranionych, może zabrakło gdzieś u rodziców takiej refleksji, ale wzorcowo mówiąc o tych planach na potomstwo tak jest, czuć tu pewną odpowiedzialność. Mając dziecko idziesz za nim, przyjmujesz je, godzisz się na wiele trudów, bólu, ciężarów, emocji. Na mnóstwo radości i miłości co jest tak w proporcji 3/4, ale jednak coś z trudu tam jest. Chrystus przychodzi jako dziecko a my Je przyjmujemy – przyjmujemy to Dziecko. Gdy Go przyjmujemy musimy zrobić to świadomie, odpowiedzialnie, biorąc pod uwagę, że chrześcijaństwo to też trud, to obowiązek, że może czasem będzie ciężko. Dziecko po prostu jest, ono trwa, to dorośli biorą za nie odpowiedzialność. W tej stajence czy też grocie to Jezus czeka na opiekę, na przyjęcie. Oczywiście Jezus żyje, jest z nami, obdarza nas o wiele więcej niż tych cierpień lub niedogodności w naszym życiu jest, ale i o tym trzeba pamiętać: odpowiedzialność za bycie chrześcijaninem, przyjęcie Jezusa i Jego nauki która i o tym trudzie ale i dobru mówi, przyjąć Go prawdziwie i w pełni, bo On jest. Kościół czuje tę intuicję od początku, już o tym wspominałem: drugi dzień Bożego Narodzenia poświęcony jest Szczepanowi, polskie kolędy też są o radości ale i cierpieniu gdy nie ograniczymy się do pierwszych zwrotek, malarstwo średniowieczne obok stajenki stawia ból, krzyż i symbolikę cierpienia, ikona Bożego Narodzenia ukazuje żłobek jako takie korytko – trumienkę.
Bóg mówi “Jestem”. Gdy rozmawiam z małym dzieckiem w rodzinie, to dla niego przeszłość to zawsze “wczoraj” a każda przyszłość to “jutro”, to etap rozwojowy oczywiście, pewna nauka percepcji, abstrakcji, pojęć, poznawania świata. Ale czy właśnie nie tak powinno wyglądać nasze życie? To dziś i to jutro, nie wybiegać za bardzo w przyszłość, nie grzebać w przeszłości. Teraz. Bóg jest “Jestem”.
I teraz się zacznie. Czy te opisy: pasterze, aniołowie, taka mnogość postaci jest prawdziwa? część księży i publicystów katolickich powie: “tak, bo jest o tym w Ewangeliach” a część księży i publicystów katolickich powie: “niekoniecznie, choć jest o tym w Ewangeliach”.
Czy opisy narodzin Jezusa są symboliczne czy historyczne
Jest coś takiego jak ,,mit”. Nie mówię o szkolnej lekcji starożytnych wierzeń, ale o tym jak postrzegamy naszą rzeczywistość. Gazowany napój w czerwonej puszce to mit dostatku, jego reklama z Mikołajem jadącym tirami na Święta to mit ,,magii Świąt” i ,,spotkań przy rodzinnym stole”. W polskiej polityce? Ta partia będzie ,,wolnością” a ta będzie ,,uzurpatorem” (mity kolejno: wolności oraz niewoli/zaboru/komunizmu/zbrodniczej ideologii). I nie pytajcie, która partia jest którą, bo one, jak przystało na podręcznikową symbiozę z lekcji biologii, wymieniają się co kilka miesięcy. To tak na skróty i z pominięciem wielu wątków o tym, czym mit jest. Mit się tworzy i mit się dekonstruuje, rozbiera na czynniki. W te Święta Kanał Zero pokazał materiał o… świątecznych materiałach dziennikarskich (a w tym pokazanych przykładach święta to ciężar, brak wolności, prawie niewola dla Polaków). Sam też przeczytałem artykuł o schorowanej starszej kobiecie, która ugościła na Wigilię dorosłe już dzieci, te się pokłóciły, obraziły ją i siebie na wzajem, kobiecie zrobili przykrość i jej wyrzuciły wszelkie życiowe żale i trzasnęli drzwiami. Kobieta na szczęście zrozumiała, że jest od teraz wolna, nie będzie już utrzymywała z dziećmi relacji pewnie, kupiła książkę o emocjach i zabrakło dopisku, że od teraz będzie medytować lub trenować uważność. Artykuł miał podpis, że historia nigdy się nie wydarzyła ale jest inspirowana prawdziwymi emocjami ludzi. Mówiąc krótko: ktoś wymyślił artykuł i opisał go jako prawdziwy. Co łączy te rzeczy? Stworzenie mitu o tym, że Boże Narodzenie to jakiś ciężar i może dla własnego komfortu zrezygnujmy z niego. W publicystce czy w reportażu często jest taki zabieg kreacji by pokazać pewien ogół cech (m.in. Kapuściński tego używał) natomiast przeciętny czytelnik internetu, ktoś kto nie zajmuje się badaniem mediów czy też gatunkami dziennikarskimi lub literaturą, czy on aż tak głęboko analizuje jeden z wielu tekstów sieciowych by wiedzieć, że czasem się kreuje rzeczywistość w publicystyce? Nie, on będzie myślał, że to prawda.
Prasówki świątecznej ciąg dalszy. Publicysta rzecze, że cudowne zjawiska towarzyszące ewangelicznym narodzinom Jezusa potraktować należy jako metaforę, jako pewien osobny język, wskazuje co się mogło wydarzyć naprawdę (narodziny Jezusa – Boga wcielonego) a co niekoniecznie (aniołowie, pasterze). Owszem, Biblia to też język kultury i swoich czasów, jej narracja jest inna od naszej przyzwyczajonej do reportażu (daleko nie szukając, kronika Galla Anonima też ma w miejscu faktów czasem metaforę lub środek stylistyczny), a gdy apostołowie w ewangelii łowią 153 ryby po Zmartwychwstaniu Chrystusa to jest to znak i metafora, co nie oznacza że ryb tam nie było tyle akurat lub że nie było ich dużo. Musiało być ich wiele i zamiast je policzyć i napisać, że może tysiąc dwieście cztery to ewangelista napisał, że 153 bo to oznacza, że dużo i to też liczba wszystkich znanych żydowi tamtych czasów gatunków, a więc ryb było mnóstwo co oznacza w Ewangelii: wszystkie znane, bardzo dużo, co oznacza przy okazji że Apostołowie pójdą w świat do wszystkich znanych ludzi. Hiperbola, która nie neguje sensu. Wiecie, co mam na myśli. Nie neguję takiego podejścia, bo Biblia jest i natchniona przez Boga i spisana ludzkim językiem i zazębienia w kulturze tamtych czasów, a wtedy i opowieść wyglądała inaczej niż nasza (nas zakochanych w tabelkach, wykresach, reportażu, faktach). I w momencie, gdy mówimy, że gwiazda betlejemska mogła być metaforą naukowcy mówią, że istniała. Gdy w arce Noego chcemy widzieć metaforę naukowcy mówią, że jest prawdziwa i taki potop był. Ksiądz Andrzej Draguła w tekście ,,Swojskie Boże Narodzenie” idzie w stronę tradycji, czystej prawdy. Bo gdy zaczniemy grzebać, dekonstruować, określać to prawdą a to mitem, to przeszatkujemy wiarę, wybierzemy w co wierzyć a w co nie, a to niebezpieczne. Bo może uznamy przyjście Jezusa, ale nie w żłobku, a może jednak przyjmiemy przyjście w żłobku ale już aniołów i pasterzy uznamy za środek językowy, a czytałem też kiedyś u pewnego znanego duchownego, że może to zwiastowanie odbyło się w głowie Maryi i nie było przy niej Archanioła. Tym samym pozbędziemy się elementów wiary mówiąc, że nadal wierzymy. To czy mędrców było dwóch, trzech czy trzynastu to nie wpływa na wiarę i dogmat o Objawieniu, to czy Maryja czytała psałterz (wg tradycji tak było, bo Biblia o tym nie mówi) czy może nie czytała psalmów (jak też niektórzy uważają) nie wpływa na to, że przecież była pobożna, głęboko wierząca, czysta i zgodziła się narodzić Mesjasza. A do tego potrzebna jest wiara i ufność a nie oczytanie. Czy w stajence byli pasterze to też nie wpływa na dogmat, ale czy nam przeszkadza w wierze ich obecność? Gdy zaczniemy grzebać w Biblii i samodzielnie usuwać jej elementy, co nam to da? Nie mówię o analizie, badaniu, szukaniu i wyjaśnianiu elementów bo i święci oraz ojcowie Kościoła to czynili. Osobiście kocham o tym czytać i lubię różne pozycje o tym. Biblia jest tak bogata, że niech ktoś kupi Biblię Nawarską i popatrzy ile tam komentarzy różnych świętych do tych samych wersów, na ile sposobów można czytać Biblię, że to kopalnia znaczeń i od 2000 lat nie wydobyto choćby odrobiny tych rzeczy, że Biblia po prostu żyje i przynajmniej ja gdy już któryś raz słyszę ten sam tekst to coś tam znajdę, jakiegoś słowa się złapię i odkrywam nowy sens, nowy trop. Może więc nie twórzmy mitu i nie odmitologizujmy go, może po prostu nauczmy się słuchać i czuć. A intuicja sprawia, że jak pisał Twardowski: teologowie gdzieś tam na końcu kolejki do raju stoją (co nie neguje teologii, ale wskazuje na jakieś zamknięcie się na prawdę a otwarcie na suche litery).
Św. Łukasz jako wiarygodny historyk, czyli… Obrona Łukasza
I już na sam koniec poniekąd porządkując te wątki oraz trochę je uzupełniając. Spotkałem się też z taką narracją, że może to oprócz prawdy też trochę taki midrasz? Midrasz to taka opowieść żydowska pokazująca jakąś prawdę biblijną ale w narracji opowiastkowej, trochę jakby apokryficznej. Biblia ma oczywiście wiele gatunków, sam zaś taki Hiob mógł nie istnieć i to naszej wiary nie neguje jakoś, bo hiobowe przesłanie jest natchnione i opowiada nam pewną prawdę biblijną, choć używa do tego metafory (choć, kto wie, może Hiob istniał?). I w opowieściach Nowego Testamentu (w przypowieściach, które Jezus opowiada) też są metafory, hiperbole, ale i w relacjonowaniu prawdziwych wydarzeń będą czasem i hiperbole, bo czy zebrano 12 koszy ułomków czy jeden, to nie neguje to faktu, że do rozmnożenia chleba doszło i że zostało bardzo dużo ,,resztek” – o wiele więcej niż tego początkowego jedzenia, które zostało przez Jezusa cudownie pomnożone. A w Nowym Testamencie jeśli zaczniemy rozdzielać co jest reportażem, co metaforą, co mogłoby być midraszem to co my robimy? Spotkałem się też z badaniem biblijnym, że św. Mateusz wzorował trochę opis narodzin Jezusa do opisu narodzin Mojżesza i panuje przekonanie, że taki zabieg literacki zastosował by pokazać Jezusa jak praojca. Załóżmy teraz, wg prawideł logiki, dwie rzeczy. Po pierwsze, jak może chcą bibliści, jest to prawda. Otóż nie stoi to w sprzeczności z prawdą Wcielenia, a autor (tu św. Mateusz) wybiera język i styl, i narrację – pisarz, nawet natchniony, ma prawo do tego. A ja uwielbiam Tolkiena, który powiedział kiedyś, że przedchrześcijańskie religie przygotowywały nas na Chrystusa i stąd w chrześcijaństwie są rzeczy, które przedtem były u pogan: bo ludzie czuli coś więcej i próbowali to nazwać ale nie znali Boga Żydów i chrześcijan (bo przecież Bóg w Trójcy już jest w pierwszym rozdziale Genesis – wspólnej księgi dla żydów i chrześcijan). Może Mateusz użył takiej narracji podobnej do Mojżesza (pamiętajmy, że I wiek a nasz XXI wiek różnią się sposobem narracji, bo my kochamy reportaż, a tamci kochali opowieść). A może (i ku temu osobiście się skłaniam) Mateusz opisał z precyzją reportera życie Jezusa a nie zastosował tylko językowych środków, i może właśnie Jezus idealnie wszedł i w ten model narodzin Mojżesza? Może tak właśnie to Bóg wymyśli, że Jego Syn powtórzy w swoim życiu fakty z biografii najważniejszych sług i proroków Jahwe? Że Jezus narodzi się i w Nim powtórzy się ten sposób w jaki narodził się Mojżesz – dawca Prawa od Boga i Jezus, który również głosi Prawo jako Bóg. A może wiedząc o Wcieleniu Jezusa i tym, jak się On narodzi (a już u początku świata Pan planuje dać ludziom Swego Syna) tak pokierował życiem swych sług, w tym Mojżesza, by to oni naśladowali przyszłe (lecz już zaplanowane za kilkaset lat) narodzenie Jezusa. Jeśli wierzę w anioły (i nauka fizyki i biologii potwierdza tę moją wiarę, bo istnieje koncepcja “światów” równoległych a wiele zwierząt słyszy więcej częstotliwości niż człowiek lub widzi może i więcej, to może istnieje i więcej wymiarów niż nasze trzy, według choćby teorii strun?), i jeśli anioły są w wielu miejscach Biblii i skoro jako chrześcijanie w nie wierzymy, to dlaczego usuwać je z opowieści o narodzeniu? A co pastuszkowie nam przeszkadzają, nawet jeśli to metafora przyjścia Jezusa do każdego – nawet do chuliganów?
I tu na scenę wkracza jeszcze jeden fakt – literacki. Gdy czytamy Ewangelię wg Mateusza to wiemy, że to naoczny opis świadka, bo Mateusz był uczniem Jezusa. Celnik pogardzany przez rodaków z powodu swej profesji (a więc wróg dla braci, no po prostu ktoś jak “pies” dla nich, przepraszam za dosadność). I on pisze Ewangelię dla żydów, używa też takich zrozumiałych dla nich określeń, dużo miejsca poświęca miłosierdziu Boga (w końcu czuje, że dla niego – pogardzanego przez braci, spojrzenie Jezusa – pełne miłości i wybaczenia – jest warte tyle aby pozbyć się majątku – a jako celnik miał trochę tego, i by pójść za Nim), Mateusz skupia się na “bryku” z nauki Jezusa, na Jego tzw. “wielkich mowach” oraz na udowodnieniu, że spełniły się proroctwa (przypominam: mówi to żydom). Ewangelista Marek – uczeń św. Piotra apostoła (pierwszego papieża) słucha mistrza i wygłasza jakby “kazanie” do pogan. Jest to zatem Ewangelia krótka, treściwa, wręcz “żołnierska”, bardzo dynamiczna. Ma tylko 16 rozdziałów, jest oszczędna w opisy. Św. Jan – uczeń Chrystusa (ów “umiłowany” i najmłodszy) – idzie inną drogą. Kiedyś na lekcji religii jeden z księży opisał nam to jakoś tak (nie przytaczam tego jakoś dosłownie a zachowując pewien sens), że jeśli trzej szli po ziemi to Jan jakby w powietrzu idzie. Wystarczy spojrzeć na słynny Prolog mówiący, że “na początku było Słowo” (zupełnie jak na początku w Księdze Rodzaju). Jan to więc poeta, Mateusz to pisarz o precyzyjnym jednak umyśle matematyka, Marek to kaznodzieja idący po żołniersku do puenty, a jest też św. Łukasz. I on tu na koniec tych rozważań zostaje. To i u niego mamy pastuszków, mamy Archanioła Gabriela i Zwiastowanie, jest Magnificat, jest spis na który przybywa Józef i za sprawą którego w Betlejem rodzi się Jezus, Łukasz opisuje Symeona i prorokinię Annę, opisuje odnalezienie dwunastoletniego Jezusa w świątyni. Łukasz jest uczniem św. Pawła, nie jest bezpośrednim uczniem Jezusa. Napisał Ewangelię i Dzieje Apostolskie. I szczerze? On jest reportażystą i historykiem! Dlaczego jemu nie wierzyć? Dlaczego oskarżać jego pisarstwo o jedną wielką metaforę? Czego Łukasz nie widział to dokładnie wypytał, dotarł jak rasowy dziennikarz i reportażysta do źródeł. Jest nawet patronem historyków. Był do tego bardzo dokładny i skrupulatny. Z zawodu lekarz (a więc jeśli opisuje cuda to uznaje je za to, czym cud jest choćby w definicji podanej przez C.S. Lewisa – nieprawdopodobną Boską ingerencją w świat rządzący się prawami natury, Łukasz lekarz mówi wówczas “tak, to nieprawdopodobne z punktu widzenia nauk przyrodniczych, ale to prawdziwy opis, a więc cud), Dzieje Apostolskie to kronika działalności apostołów spisana przez Łukasza. Dlaczego więc odbierać mu pracę, którą dokonał, zarzucając używanie tylko metafor?
Czy Biblia to mit czy historia
To nie neguje tego, że i on ma prawo mieć swoją wizję struktury tekstu (jak poprzednicy), nawet używać tych środków stylistycznych by tekst był kompozycyjnie wartościowy (a ponoć Łukasz używa pięknej greki, jego tekst językowo jest staranny, dbały, erudycyjny, miesza też z klasą słowa semickie, więc jak taki “purysta” językowy i erudyta mógłby iść na skróty i fakty zamieniać nawet na najpiękniejsze metafory?). I powtórzę tu ponownie: musimy czytając i badając Biblię brać pod uwagę kontekst kulturowy, historyczny, metody narracji i opowiadania sobie opowieści (powtórzę się: nasza miłość do reportażu w XX i XXI wieku nie jest miłością do faktu czasów sprzed naszej ery oraz pierwszych wieków). I powtórzę ten przykład: czy to był jeden kosz ułomków czy 12, czy to były 153 ryby czy 1000 ryb – to nie zmienia faktów a może być środkiem stylistycznym. Tylko że czasem coś można bez szkody uznać środkiem lub czymś drugorzędnym, a innym razem coś odrzucając odrzucamy też sens. Gdy Łukasz pisze, że Jezus 3 dni był szukany przez rodziców po tym jak się zgubił i po 3 dniach odnaleźli Go Maryja oraz Józef, i gdy wiemy, że Jezus umarł i 3 dni spędził w grobie (był szukany wśród żywych) i po 3 dniach zmartwychwstał to ktoś może powiedzieć, że piękna klamra kompozycyjna, piękny środek literacki dzieła (zresztą ojcowie Kościoła tak te wydarzenia zestawiają), ale powtórzę to co przy przykładzie o Mojżeszu: nawet jeśli pięknie to wygląda literacko to czy oznacza to, że nie mogło się wydarzyć i być opisanym faktem? Dlaczego w momencie dzieciństwa Jezusa nie mógł to być znak tego, co się zdarzy za dwie dekady, skoro u założenia świata Bóg planował posłać Syna, a w Nim spełniły się przepowiednie sprzed wieków choćby Izajasza lub psalmisty? (Poza tym: czy Syn Boży nie może mieć pięknej opowieści o Sobie, skoro Biblia to natchnione słowa Boga?). Ewangelie różnią się, m.in z powodu tych środków stylistycznych, różnych profesji autorów, różnego celu (ten tekst dla żydów, ten dla pogan, ten od świadka, ten od ucznia świadka itd., inaczej pisze lekarz a inaczej celnik-“księgowy” itd.). I właśnie te różnice sprawiają, że te 4 Ewangelie są dowodem prawdy bo Kościół je przyjął a nie próbował ujednolicić (choć były takie pomysły by może nie tyle ingerować w końcu w natchniony tekst, ale żeby te teksty połączyć w jedną opowieść), mimo też różnic te 4 teksty nie negują siebie, nie wykluczają się, ale są spójne. Nie u każdego jest to samo, bo każdy z ewangelistów miał inny cel. Historyk, kronikarz czy reportażysta pewne rzeczy wybiera do opisu, inne pomija. To, co jest zapisane u Łukasza, niekoniecznie musi być 1:1 zawarte u kogoś innego, co nie znaczy, że jeśli czegoś nie ma opisanego to tego nie było. To chyba oczywiste. Nie spotkałem kogoś, kto negowałby istnienie “Króla Edypa” czy “Iliady” a przecież Biblia podlegała większej ilości negacji z powodu podważania wiary na przestrzeni wieków, i z tego powodu chyba już każda litera w niej zawarta została udowodniona naukowo i zbadana, podczas gdy o Homera nadal się spierają historycy literatury, podobnie jak o nie tak nam odległego Shakespeare’a (a raczej o jego tożsamość).
Byłbym naprawdę ostrożny w dłubaniu w Biblii bo tu serio istnieje pokusa, by za kilkadziesiąt lat takiego dłubania w niej wyrzucić z niej dogmaty. Jak widzę piękne ciasto i wezmę okruszek by spróbować (nikt nie zauważy) to nic się stanie. Jeśli 7000 osób weźmie okruszek, to ciasta nie będzie. To nie mój strach w stylu: ,,zostawcie Biblię bo przestanie istnieć”. Bo nie przestanie, to słowo Boga, da sobie radę z nami ludźmi jak dało sobie radę przez wieki. To apel do nas: pokażmy może trochę pokory. Im jestem starszy tym bardziej rozumiem co znaczyło: “wiem, że nic nie wiem” – wielu rzeczy nie wiedziałem i zacząłem je zgłębiać, a gdy je poznałem to uświadomiłem sobie, że dopiero teraz to w końcu “wiem” ale tylko to, że “nie wiem”, bo tak wiele rzeczy, które wydają nam się wiedzą, jest teoriami, koncepcjami, próbą odkrycia lub nazwania, a nie prawdą obiektywną. I tu jest mój dowód na istnienie Boga. Żaden człowiek nie zna prawdy obiektywnej, bo każdy z nas opisuje świat przez swoje doświadczenia (dlatego reportaż to gatunek nie informacyjny), nikt z nas nie mówi więc czystej i obiektywnej prawdy. Tylko Jezus – ten prawdziwy Bóg i Syn, wraz z Ojcem i Duchem, powiedział, że jest “Prawdą”, a więc jeśli mówię to, co On mi powiedział (choćby w Biblii) to jeśli dokładnie to przekazuję, to dopiero wtedy mogę mówić, że przekazuję obiektywną i prawdziwą prawdę o świecie – mówię bowiem o Prawdzie. Może więc uznajmy, że naprawdę “nie wiemy” i skupmy się na czytaniu na wiarę Biblii a nie na grzebaniu w niej.
Photo by Priscilla Du Preez 🇨🇦 on Unsplash




