
W ostatnim czasie na Instagramie i YouTube wyświetla mi się mnóstwo rekolekcji, homilii, wpisów o Wielkim Poście. Tak działają algorytmy, nic nowego. Przez taką mnogość Wielki Post czasem przestaje być zauważany jako czas postu, bo jesteśmy przebodźcowani… postem (powtórzenia zamierzone). Zresztą sam popełniłem w poniedziałek przed Środą Popielcową filmik na Instagramie, w którym pokazałem ileś książek na ten okres. A tu chodzi o coś innego.
Wielki Post to czas pewnego zatrzymania się a nawet cofnięcia. Pisałem niedawno o pewnej mojej ,,koncepcji” cofnięcia się aby ruszyć, o pewnym znalezieniu punktu od którego możemy się odbić i ruszyć może na nowo. Kościół jakoś to zauważa w swojej mądrości roku liturgicznego, w cykliczności codziennych czytań mszalnych (dni powszednie) oraz w niedzielnej liturgii słowa (w roku A, B oraz w C). Powtarzalność by się utrwaliło ale też żeby ciągle nawracać się, żeby wracać do tego punktu, w którym może ,,przerwaliśmy”. I tak mamy w Kościele i adwent i Wielki Post. Oczywiście przeogromnie upraszczam, bo o obu tych okresach powstały wręcz rozprawy teologiczne. Mam w pamięci wiele Wielkich Postów bo i trudnych emocjonalnie, i zaangażowanych w różne nabożeństwa pokutne, i przecież epidemiczny czas z lubelskimi dominikanami online (na codziennych mszach) oraz lubelskimi kapucynami online (wieczorne nieszpory i adoracja). Osobiście jakoś mi w głowie jako ten czas ,,cofnięcia się” siedzi poprzednie Triduum Paschalne gdy podejmowałem bardzo ważną w moim życiu osobistym decyzję, pierwsze Triduum w wyremontowanym już całkiem kościele, pierwsze gdy mogłem patrzeć na nowy rozdział w życiu bliskich mi osób. Mam w głowie tamto Triduum, potem maj, potem urlop nad morzem i listopad, w którym finalnie ten mój nowy rozdział się zaczął. I czuję ogromną wdzięczność Panu Bogu.
Mówię o tym wszystkim, bo Wielki Post może mieć dla nas różne oblicza: od klaustrofobicznego pandemicznego, po trudny rodzinnie, poprzez religijnie zaangażowany lub taki suchy i dla nas może nawet pusty i beznadziejny, aż po taki że może być punktem ,,wybicia się” jak podczas znienawidzonego przez wielu w szkole skoku przez kozła lub przez skrzynię. Zajrzyj do tamtego wpisu o ,,cofnięciu się” i może wstaw tam słowa: Wielki Post, praktyki religijne, dobre momenty. Ale to później.
Wielki Post może mieć różne twarze, ale chyba powinien być momentem pomyślenia, zatrzymania się, jakiejś refleksji. Powinien być tam czas i przestrzeń przede wszystkim na relację i zauważenie Boga oraz na może zauważenie drugiego człowieka, a jeśli jakoś zaniedbaliśmy siebie to może na spojrzenie, w jakim miejscu życia jestem, w jakie błędy i pułapki wpadłem, w jakie grzechy się uwikłałem i co teraz zrobić? A może nie odżywiam się najlepiej, może nie odpoczywam, może bagatelizuję sen podczas gdy jest taka przestrzeń by odpocząć, może nie dbam o aktywność fizyczną. Trzy przestrzenie do przeanalizowania: ja i Pan Bóg, ja i drugi człowiek, ja kontra ja.
Przychodzę tutaj z pewną recenzją po tym jakimś przydługim wstępie. Pierwszą książką, którą przeczytałem w Wielkim Poście jest ,,Co Jezus widział z krzyża”, którą napisał dominikanin Antonin-Dalmace Sertillanges. Podszedłem do książki troszkę w ciemno, na początku okazało się, że to pozycja napisana na początku XX wieku (przedmowa jest z 1923 roku, a więc to pewnie owoc tego okresu), autor zaczyna od spojrzenia na Ziemię Świętą. Byłem przekonany, że będzie to pewnie architektoniczno-archeologiczno-religijna wędrówka autora. Taka powolna lektura i chłonięcie języka troszkę z innej epoki (co mogłoby być dla kogoś minusem, ja w sposób umiarkowany lubię taką narrację). Może to zasługa tłumaczenia, ale książkę czyta się lekko i nie ma poczucia obcowania z tekstem sprzed 100 lat (jest oczywiście obecne pewne podejście do judaizmu obecne w tamtym okresie, co współczesny redaktor obserwuje w przypisach). Całość zaś to nie, jak mylnie oceniłem, pozycja o architekturze, choć ta stanowi ważną część narracji.
Autor ukazuje nam miejsca działalności oraz męki i śmierci Chrystusa, a także pusty grób. Całości towarzyszy i kontekst historyczny, i kulturowy i teologiczny w ujęciu chrześcijańskim ale i z odniesieniem do judaizmu, bo jak zrozumieć sens Świątyni Jerozolimskiej bez ,,zmiksowania” właśnie historii, polityki, kultury, wiary Żydów oraz słów Chrystusa? A co ma z nią wspólnego Herod? Autor odtwarza nie tylko Drogę Krzyżową (całej książce towarzyszy mnóstwo zdjęć z XIX i XX wieku, co jest chyba dla nas pięknym dokumentem świata, którego już może i nie będzie?), ale i próbuje pokazać emocje Chrystusa, Jego nauczanie, ludzi wokół jak apostołowie czy też obecna obok Syna Maryja, o której ewangelie podczas tej ostatniej drogi Mesjasza milczą do momentu ukrzyżowania, a która musiała być obok (co nabożeństwa wielkopostne wpisały w swoją tradycję). Opis męki nie jest tak mocny i obrazowy jako choćby w objawieniach błogosławionej mistyczki Anny Katarzyny Emmerich na podstawie której powstała ,,Pasja” M.Gibsona (choć uważam lekturę książki za o wiele mocniejszą i pomagającą ze wzruszeniem i bólem choćby delikatnie otrzeć się o niewyobrażalny ból i cierpienie Chrystusa), ale czytając słowa autora można zatrzymać się i pokontemplować nad męką Jezusa. Miejsc i historii jest tu wiele w tych 10 rozdziałach, historii niespiesznych, miejsc do zatrzymania się i obserwowania a nie do przebiegnięcia przez nie.
Zacząłem ten tekst pisać od przebodźcowania treściami sieciowymi o Wielkim Poście, o pewnym natłoku (skąd my to znamy, gdy nawet modlitwy i nabożeństwa odprawiamy hurtem zapominając, że tam wszędzie nie chodzi o ilość praktyk ale o spotkanie z żywym Bogiem), ta książka za sprawą momentami powolnej narracji, ujęcia pewnego tematu z dygresją, z pokazaniem różnego tła, postaci, odniesień do Biblii, jeszcze mając w głowie fakt spisania tych słów przed 100 laty, z jednej strony wędrujemy z autorem a z drugiej kontemplujemy ostatnie ziemskie dni Jezusa. To chyba bardzo dobra, pozostająca przecież w klimacie Wielkiego Postu, lektura by usiąść i skupić się na najważniejszym, a w zasadzie to na Najważniejszym – na Chrystusie. Czy to jedyna książka? Nie. Można usiąść z Pismem Świętym albo z Ewangeliami po prostu, można sięgnąć po ,,Pasję” albo rozważania Drogi Krzyżowej, po naprawdę wiele różnych pozycji. Bo chyba chodzi o to, by usiąść, by znaleźć czas, by otworzyć to przebodźcowane serce. Ale dobrych kazań i rekolekcji sieciowych oczywiście nie ma co odrzucać, tyle że może zauważmy w tym wszystkim Chrystusa. A recenzowana książka nawet może nam pomóc przejść się po miejscach Jego ostatniej ziemskiej wędrówki.